Nie wiem, kiedy dokładnie mi to umknęło, ale tamtego dnia po raz pierwszy od dawna naprawdę zabrakło mi czasu na zdjęcie „dla siebie”. Paradoks polega na tym, że właśnie po to założyłem to konto — żeby przestać fotografować wyłącznie w trybie zadaniowym, zawodowym, użytkowym. Żeby wrócić do fotografii jako potrzeby, a nie obowiązku.
Byłem na nogach od piątej rano. Teoretycznie wszystko sprzyjało: dzień długi, aparat pod ręką, głowa jeszcze względnie świeża. A jednak jedynym śladem po tym dniu jest obrazek, który dobrze znam. Kolejna impreza. Albo konferencja. Albo coś pomiędzy — nieważne. Kadr, który niczego nie opowiada, a jedynie potwierdza, że coś się wydarzyło.
I właśnie z tym mierzę się zawodowo częściej, niż bym chciał.
Jestem idealistą i boli mnie to bardziej, niż powinno. Brak miejsca na decyzje, na wątpliwości, na eksperyment. Jest tylko poprawność, czytelność i obowiązek udokumentowania faktu. Zwykły, nic nieznaczący obrazek, który zapisze jakiś punkt w historii — choć szczerze wątpię, by ktokolwiek do niego wrócił.
Ale trzeba. Więc robię.
I paradoksalnie to właśnie takie momenty najbardziej uświadamiają mi, jaką fotografią naprawdę chcę się zajmować. To, co robię tu i teraz, jest dla mnie anty-fotografią. Fotografią pozbawioną sensu, który mnie napędza. Nie dlatego, że jest technicznie zła — tylko dlatego, że nie ma w niej mnie.
No ale bywa i tak.
I może właśnie dzięki temu wiem coraz lepiej, dokąd nie chcę iść — a to już całkiem dobry punkt wyjścia.